Wyszła ze mnie nietolerancja i buta

Z pewnych przyczyn czytam właśnie książkę, której autora ani tytułu nie wspomnę. Zostanie to moją słodką tajemnicą. W każdym razie od tego czytania zęby mnie bolą i głowa też. Nie, nie jest źle napisana, absolutnie. Autor (lub autorka) napisał i wydał już tyle książek, że jest w sztuce pisarskiej wyćwiczony a ja zazdroszczę nakładów. Książka jest napisana jak najbardziej poprawnie. I to chyba jedyne jej zalety, jeśli do takich można zaliczyć „poprawność”.

Moja koleżanka twierdzi, że w książce ważniejsza jest opowiadana historia niż to, jakim owa historia napisana jest językiem. Ja uważam, że piękny język obroni nieudaną historię. Co, w mojej ocenie, broni wspomnianą książkę? Nic. Poprawny język nie daje możliwości zachwycić się nim, a historia jest wtórna. I tu nasuwa się pytanie – po co? Po co pisać kolejną książkę o tym samym. Bajka o Kopciuszku już była. Czy naprawdę musimy ją wciąż i wciąż powtarzać, tylko w innej scenerii? Ale najwidoczniej ja jakaś dziwna jestem. Nie lubię oczywistych i cukierkowych zakończeń. Nie lubię książek gdzie już na początku wiadomo, że będą żyli długo i szczęśliwie. Choć to jakiś pieprzony oksymoron jest. Nie lubię książek, gdzie po pierwszej stronie wiem dokładnie kto będzie żył te długo i szczęśliwie i właściwie mogłabym napisać to za autora. Dalej nie wiem po co? Wystarczy napisać, że Grażyna, po tym jak rzucił ją Stefan, wyjechała w Bieszczady, nad Morze, Na Mazury (niepotrzebne skreślić) i tam poznała zajebistego Janusza. Po kilku nieporozumieniach żyli długo i szczęśliwie. Trzeba to opisywać na czterystu stronach? I tu mi właśnie wyszło, że trzeba. Że jeśli jest ktoś, kto chce to czytać i ktoś, komu przyjemność sprawia takie pisanie, to mi nic do tego. I, że nie moja wina, iż widocznie mało romantyczna jestem, a może to już cynizm jest, że nie cieszą mnie te historie. Może właśnie powinny? Może sama powinnam spróbować? I może nawet to zrobię w ramach poznawania siebie. Bo przecież lubię o miłości. Tylko u mnie ta miłość jakaś taka brudna, boląca i za bardzo pod skórą. Seks jest krzykiem rozpaczy zamiast radosną zabawą. Aż dziw bierze, że czytacie i chcecie jeszcze. I wracając do poprzedniego posta traktującego o sukcesie, to chyba to jest dla mnie jego miarą. Że ktoś to rozumie, że czujecie tę moją prozę i zostaje ona z Wami na dłużej. Dla mnie dobry film, książka czy muzyka, to takie, że gdy światła gasną one wciąż w nas są. Obrazy, dźwięki, zdania. I zostajemy w ciszy. I dopada nas pustka. Nic innego się zdarzyć nie może. Tak właśnie chcę pisać, na ostrzu noża, na krawędzi. Między ciszą a ciszą, choć w środku jest krzyk.

Ale to ja. Ludzie są różni i mają różną wrażliwość i tolerancję. Więc przepraszam autora wspomnianej książki i wszystkich innych książek. Piszcie jak czujecie i dopóki jest Wam z tym dobrze, to róbcie to. I cieszcie się tym. A ja będę składać swoje literki i cieszyć się z każdego pojedynczego czytelnika. I z każdego zachwytu. I z niedosytu każdego. I to już jest mój sukces. Najnowsza Beemka nie potrzebna. Sprawiacie, że się uśmiecham. I ten uśmiech to złoto.

Hanka V. Mody

Podziel się Hanką:
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Pin on Pinterest
Pinterest

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.