Ostatnio był dzień walki z prokrastynacją. Ja, taki dzień mam codziennie. Walczę z nią, ale i rozmawiam. Dyskutujemy sobie:
– Słuchaj, może byś sobie poszła – mówię jej.
– Kiedy mi z Tobą dobrze Mała – przemawia czule i rozsiada się na kanapie.
– Pfff – pufam na nią, bo mała to może bym i była, gdyby ta jędza mnie opuściła i codziennie wychodziłabym biegać, a tak, mogę zapomnieć, w pewnych miejscach jest więcej niż bym chciała – a czy Ty musisz ze mną siedzieć na tej kanapie? Sama nie możesz?
– Niby mogłabym – uśmiecha się do mnie i prawie ją lubię – ale wtedy jest mi tak bardzo, bardzo smutno. A Ty jesteś taka fajna, i razem nam fajnie. – No i masz, zna te wszystkie socjotechniki i nie umiem jej odmówić. Siadam więc obok.
– Ale ja powinnam przynajmniej pisać – mówię z nadzieją w głosie. Że może choć na to mi pozwoli. I w ogóle to czemu ja mam się słuchać jakiejś obcej baby? Rozumu własnego nie mam czy co?
– Pisać, pisać, a nie możesz mi poczytać?
– Sama nie umiesz czytać? – warczę na nią.
– Umiem, ale Ty robisz to zdecydowanie lepiej. Poza tym, sama chyba rozumiesz, że trzeba dużo czytać, żeby dobrze pisać – znów uśmiecha się do mnie prawie niewinnie i przewraca oczami.
Więc siedzimy sobie na tej kanapie z książką. Ja i prokrastynacja. Czytamy. Ma rację. Trzeba czytać…
I czasem tylko, gdy ona oko przymyka, przykrywam ją kocem i uciekam to tu, to tam. Tak, by jej nie budzić. I by nie widziała. Nie chcę jej sprawiać przykrości…
Hanka V. Mody