O mówieniu i grafomanach

Są ludzie, którzy lubią mówić. Jedni lubią mniej, inni bardziej, ale jest kategoria ludzi, którzy mówią (lub piszą) niezależnie od tego czy ktoś chce tego słuchać czy to czytać. Ba, nie przeszkadza im, że nikt nie słucha.

Ostanio, pod jednym z moich postów trafił się człowiek, który wrzucił zdjęcie swojego autorstwa i zaczął się rozpisywać o swojej pasji fotografa. Fajnie, ja bardzo cenię wszelkie pasje, ale post był zupełnie o czymś innym. Gorzej, że pan przeniósł się na priv i tam uraczył mnie kolejną porcją zdjęć wraz z opisami. Chwalił się sprzętem (nie, nie TYM sprzętem) i opisywał jego ceny. Wykład mi zrobił. Uwierzcie, nie pytałam. Nawet niespecjalnie rozmowna byłam. Ale komu by to przeszkadzało.

Znajomy mój były (tak, z tym się już nie dało nic zrobić) dzwonił i mówił “ja tylko na minutę, nie mam czasu, ale coś Ci powiem”. I mówił, mówił, mówił… Gdy próbowałam wtrącić coś od siebie przypominał sobie, że nie ma czasu i kończył “rozmowę”.

Jeden nawet, w trakcie swojego monologu zapytał mnie co u mnie. Zdziwiłam się bardzo i z tego szoku zanim zdążyłam nabrać powietrze mężczyzna ów ciągną dalej “bo my z Krystyną…”. Powietrze wypuściłam i uśmiechając się kiwałam głową. Bo przecież nawet gdybym jednak zdążyła wydusić z siebie cokolwiek mojego “interlokutora” wcale to nie obchodziło. Szkoda strzepić język.

Kolejna kategoria to “opowiadacze”. Ci zazwyczaj piszą opowiadając historie ze swojego życia. A to o tym co zjedli, a to jak jest im źle bo to czy tamto, o swoich emocjach, uczuciach, o innych ludziach, których nie lubią czy, że byli z kotem u weterynarza. Informują mnie na bieżąco niezważając na to, że zazwyczaj milczę lub wysyłam kciuka, który oznacza “no, fajnie, fajnie, ale co mnie to obchodzi”. Oczywiście miło mi, że wzbudzam takie zaufanie (jak się okazuje błędnie, bo jak widać ja też lubię się uzewnętrzniać i robię to publicznie), ale warto czasem się zastanowić czy druga strona faktycznie chce to czytać i przystopować z elaboratami gdy feedback jest raczej marny. Szkoda mi tych osób, bo pewnie są samotne. I ja naprawdę lubię rozmawiać. Ale niech to przypomina rozmowę. Za psychoterapię się płaci i to ciężkie pieniądze. Tam można gadać tylko o sobie. Polecam.

Na koniec kategoria “grafomani”. Tu jest dopiero zabawnie. Wysyła Ci jeden z drugim tekst do oceny (ale nie że wcześniej zapyta czy może mogłabyś), a jak mu mówisz po przeczytaniu “dzieła”, że może lepiej się zająć szydełkowaniem to zaraz obraza majestatu. Po co było pytać? Ja wiem, miałam klaskać i głupio się uśmiechać. Zresztą, jeden znajomy pisarz trzeciej kategorii tak robi i wszyscy zadowoleni. Dziewoje, bo docenione przez pisarzynę, a on, bo może jedną czy drugą za kolano potrzymać. A że facet urodą nie grzeszy to korzysta jak może. Tylko ja taka szczera jakaś jestem. Może dlatego, że nie palę się by trzymać za kolano kogokolwiek byle trzymać. To zresztą jest jeszcze inna kategoria “powiedz mi, że dobrze piszę a pokażę Ci cycki” i na inny post. Tak, kobiety też potrafią być żenujące.

Ale są lepsi. Ci co nie pytają. Oni są przekonani o swoim talencie i wyjątkowości. Oni wysyłają swoje teksty bez pytania o zgodę i bez sensu. Masz czytać i już. Bo kto by nie chciał ich czytać. Prawdopodobnie nikt nie chce skoro muszą to wysyłać do praktycznie obcych ludzi na priv. I nie zraża ich, jak w przypadkach wyżej, brak jakiejkolwiek reakcji. Dostaniesz codziennie porcję wierszy czy innych. A że wszystko to bez ładu i składu? Kto by się tym przejmował.

Życzę więc wszystkim, sobie też, by inni chcieli nas czytać i słuchać. I taka mała rada… Sami najpierw posłuchajmy co inny człowiek ma do przekazania. Zawsze warto zacząć od siebie. A czasem też i pomilczeć warto. I zastanowić się warto… Czy czas jest odpowiedni i człowiek też.

Hanka V. Mody

Podziel się Hanką:
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Pin on Pinterest
Pinterest

4 Replies to “O mówieniu i grafomanach”

  1. Jakże prawdziwy jest ten podział na “mówiących” i “słuchających”… Mnie się zdecydowanie zbyt często zdarza, że obcy ludzie, przypadkowo i na krótko spotkani na drodze życia, opowiadają mi swoje prywatne historie, wchodząc w szczegóły, których zdecydowanie nie chcę poznać. Wielu jest też takich, co wygłaszają swoje poglądy, przez nikogo nie pytani, a na cudze opinie są całkowicie zamknięci…
    Kiedyś jeszcze walczyłam z tym egoizmem i starałam się jakoś podtrzymywać rozmowę, powiedzieć coś zabawnego czy potencjalnie zaskakującego, żeby ten czas nudnej, przypadkowej konwersacji nie był aż tak zmarnowany i żenujący. Od jakiegoś czasu zmęczyło mnie to i postanowiłam przyjąć strategię “milczenia”, to znaczy po prostu przestaję odpowiadać czy silić się na inteligentny komentarz – jak chcą gadać, to niech gadają, bez sensu jest ich jeszcze dodatkowo zachęcać. I tak sobie właśnie poczynam, odkąd te fałszywe uprzejmości mnie tak strasznie zmęczyły i sądziłam, że radzę sobie całkiem dobrze z natarczywymi i nudnymi mówcami, a tu mnie spotkała taka historia, która całkowicie zbiła mnie z tropu: otóż zarzucono mi, że zbyt dużo milczę. Tak, powiedział to ktoś, kto cały czas gadał i wygłaszał opinie, z którymi zupełnie się nie zgadzałam. Gdy jeszcze próbowałam wchodzić w interakcję i argumentować moje opozycyjne opinie, spotykałam się z frontalnym atakiem i zupełnym brakiem zrozumienia czy skłonności do kompromisu. Wtedy właśnie postanowiłam milczeć, bo ileż można się kłócić. Sądziłam, że to najlepsze wyjście, aż doszłam do wniosku, że takiej jednostronnej znajomości nie ma sensu dłużej utrzymywać. A gdy znajomość tę kończyłam, właśnie tak mi powiedziano: że w sumie ta znajomość była bez sensu, bo ja przecież nic nie mówię. I jak tu żyć?

    1. I mam uwierzyć, że opublikowanie tego posta nie ma niczego wspólnego z faktem, że jakieś dwa dni temu oceniałaś moje , z wielkim trudem poczęte, fragmenty “literatury” ??? 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.